Moja historia…

⚠️ Ostrzeżenie

Tekst zawiera opisy depresji, myśli samobójczych oraz trudnych doświadczeń związanych z chorobą i śmiercią bliskiej osoby.

Depresja – z doświadczenia, nie z książek

Jestem człowiekiem, który od 2017 roku zmaga się z depresją. Znam ją doskonale — nie z książek, nie z definicji, ale z doświadczenia na własnej skórze. Znam jej ból, ciężar i każdy etap, przez który trzeba w niej przejść.

Wiem, co to znaczy stanąć na krawędzi obłędu. Znam przepaść lęku, który sprawia, że ręce same zaczynają drżeć, a nogi uginają się pod ciężarem strachu. Wiem, co to znaczy zmagać się z myślami samobójczymi — gdy nie zastanawiasz się już „czy”, tylko „w jaki sposób”. Znam długie, nieprzespane noce, strach przed spotkaniami z ludźmi, paraliż przed wyjściem z domu.

Wiem też, jak to jest nie mieć siły wstać z łóżka, by zrobić cokolwiek. I jak boli, gdy inni patrzą na ciebie i mówią:
„Co ci jest? Przecież wyglądasz dobrze i zdrowo”.

Ludzie, którzy po prostu byli

Na szczęście na mojej drodze stanęli ludzie, dzięki którym zacząłem się leczyć i którzy pomogli mi stanąć na nogi. Byli to ludzie, którzy nie oceniali. Nie obdarowywali mnie „złotymi radami” w stylu „weź się w garść”.

Po prostu byli.
Byli ze mną i z moim bólem. Dali mi wsparcie emocjonalne i poczucie bezpieczeństwa — bo nie musiałem udawać, że wszystko jest w porządku.

Dziś nie mam już myśli samobójczych. Ręce przestały mi drżeć. To nie znaczy, że wszystko było łatwe. To znaczy, że pomoc ma znaczenie.

Marzenie, które stało się piekłem

Nigdy nie myślałem, że marzenie jednej osoby może stać się piekłem dla drugiej. Niestety — w moim przypadku tak się stało.

W 2016 roku moja Mama udała się na wymarzoną wycieczkę na Kubę. Podczas pobytu dostała wylewu. Dotarłem do niej po trzech dniach — wtedy miała już drugi wylew.

Pod szpital podstawiono karetkę. Mamę trzeba było przewieźć do innego szpitala, by wykonać zdjęcie głowy. Gdy umieszczono ją w karetce, konieczne było podłączenie respiratora. Niestety stan techniczny pojazdu był opłakany — żeby respirator działał, pielęgniarka musiała co jakiś czas poruszać gniazdkiem.

Tego pojazdu — nazywanego na Kubie karetką pogotowia — w Polsce nikt nie dopuściłby do ruchu, a raczej skierowałby na złom. Ale to była Kuba.

Podczas jazdy mieliśmy stłuczkę. Ciężarówka jadąca przed karetką nie zdążyła zjechać na bok, a kierowca karetki nie wyhamował i uderzył w jej tył. Na szczęście uszkodzenia nie były na tyle poważne, by przerwać transport. Po dotarciu na miejsce wykonano rentgen głowy.

System bez wyjścia

Lekarze poinformowali mnie, że w szpitalach nie ma ani rezonansu magnetycznego, ani tomografu komputerowego, by dokładnie określić miejsce wylewu. Najbliższy tomograf znajdował się w Hawanie — około 700 km dalej.

Transport karetką po tamtejszych drogach byłby wyrokiem śmierci. Lotniczy transport medyczny na Kubie nie istnieje. Dopiero przyjaciółka mojej bratowej, mieszkająca w USA, znalazła firmę w Meksyku, która podjęła się załatwienia formalności umożliwiających przelot i transport Mamy do Hawany.

Trwało to ponad tydzień.
Tydzień, w trakcie którego stan Mamy znacznie się pogorszył. Pojawiły się niekontrolowane ruchy rąk i nóg. Lekarze musieli przywiązać ją do łóżka, by przez przypadek nie wyrwała wenflonu ani nie uszkodziła aparatury, do której była podłączona.

Szpital, którego nie da się zapomnieć

Pierwszy szpital, w którym Mama przebywała ponad tydzień, trudno nazwać szpitalem. Nogi się pode mną ugięły, gdy zobaczyłem warunki: powybijane okna, ptaki latające po korytarzach, ludzie leżący na materacach w salach, sanitariaty bez wody, w opłakanym stanie.

Warunki szpitalne na Kubie są porażające — aż trudne do opisania komuś, kto mieszka w Europie.

Pamiętam, że pierwszego dnia pomyślałem, że gorzej już być nie może. Byłem w błędzie. Na Kubie przekonałem się, że zawsze może być gorzej. Że zawsze można spaść niżej. Że zawsze można poczuć większy ból, gdy kolejna nadzieja pęka jak bańka mydlana.

Po wszystkim

W czasie mojego pobytu na Kubie wydarzyło się wiele szokujących i dramatycznych rzeczy, których opisanie zajęłoby znacznie więcej miejsca. Mama zmarła po siedmiu tygodniach od pierwszego wylewu.

Na koniec mojego dwumiesięcznego pobytu — który przedłużył się z powodu formalności związanych z transportem ciała do Polski — niewiele brakowało, bym trafił do tamtejszego więzienia. Było to związane z kolejnym przedłużeniem wizy.

Na koniec

Jeśli to czytasz i czujesz, że jesteś na granicy — chcę, żebyś wiedział jedno:
nie musisz przez to przechodzić sam.

Pomoc istnieje. Czasem przychodzi późno. Czasem z nieoczekiwanej strony. Ale bywa momentem, który ratuje życie.

Jeśli ten tekst sprawił, że poczułeś się choć odrobinę mniej samotny — to znaczy, że warto było go napisać.